Tak, tak – pod koniec listopada w lesie rosną grzyby, a co najciekawsze – nadają się one do zbierania i zjedzenia.
I żeby wszystko było jasne – nie jest to moja fantazja, ale doświadczona dzisiaj rzeczywistość.
Z logicznego punktu widzenia zdawać by się mogło, że to niemożliwe, żeby po fali zimna i przymrozków – jeszcze w lesie były jadalne grzyby. Przyroda jest jednak nieprzewidywalna; ona rządzi się swoimi prawami, które czasami z logiką nie mają nic wspólnego.
Oto dowód – znalezione dzisiaj w godz. 1030 – 1115 (i zebrane do koszyka) – grzybki.
Śliczny, podskubany nieco przez ślimaczka, maślaczek.
Opieńki, żeby było im cieplej, rosną w gromadce.
Maślaczków znalazłam kilka, niewiele również było podgrzybków.
Natomiast opieńków wystarczy napewno na porządną zupkę.
Tak na marginesie dodam, że znalazłam także trzy prawdziwki, ale były w stanie nie wskazującym na spożycie.