Kolejna historyjka z kontekstem, podtekstem i tekstem
II odsłona – szkoła średnia
Klasa III liceum, 5-dniowa wycieczka do Warszawy. Opiekunowie wycieczki – wychowawca naszej klasy i jego żona (także nauczycielka w liceum).
Wyjazd z przygodami: po przejechaniu ok. 80 km okazało się, że w autokarze wysiadł hamulec nożny, kierowca zawrócił i z wielkim trudem (posługując się hamulcem ręcznym) dojechał do bazy; najpierw próbowano hamulec naprawić, a kiedy stwierdzono, że to poważniejsza awaria podstawiono inny pojazd. Do Warszawy dojechaliśmy z czterogodzinnym opóźnieniem ok. 2 w nocy.
Noclegi były zarezerwowane na przedmieściach Stolicy w dwóch domkach jedorodzinnych. W jednym ulokowała się większość grupy (w tym nasz klasowy rodzynek) z wychowawcą, w drugim – reszta dziewczyn z żoną wychowawcy.
Zanim ja i koleżanka B. dołączyłyśmy do grupy (na prośbę wychowawcy zostałyśmy w autokarze, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku) koleżanki zdążyły zająć co lepsze miejsca do spania. Nam przypadł pokój czteroosobowy w towarzystwie wychowawcy i kolegi. Nie muszę dodawać jak się wtedy czułyśmy, ale cóż było robić; porozumiałyśmy się z panami, że najpierw do łóżek wchodzimy my (nasze dwa łóżka stały na środku pokoju), a potem oni (ich łóżka stały po bokach). Wyjście odbywało się w odwrotnej kolejności. W tym momencie dodam, że w pokoju było dość chłodno i do spania przebrałyśmy się w grube flanelowe pidżamy.
Uczciwie muszę przyznać, że kilka koleżanek, które zajmowały duży pokój tuż za zasuwanymi drzwiami, widząc nasze miny proponowały nam spanie ze sobą na jednym łóżku, ale my stwierdziłyśmy, że to bez sensu – przynajmniej tej pierwszej nocy, kiedy wszystkie byłyśmy bardzo zmęczone po podróży i sensacjach w trakcie jej trwania.
Nawet nie wiem kiedy zasnęłyśmy. Rano okazało się, że nie było tak strasznie – panowie jak przystało na prawdziwych dżentelmenów – wstali cichutko i kiedy obudziłyśmy się ich już nie było w pokoju, a my mogłyśmy ubierać się bez skrępowania.
Pierwszy dzień wycieczki zapowiadał się wspaniale, humory dopisywały. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Starówki, potem były Łazienki i spacer po parku. W pewnym momencie jak burza podbiegła do mnie i mojej koleżanki B. żona wychowawcy wykrzykując: "Wy …. " – tutaj padło mnóstwo obrażliwych i wulgarnych słów, których – przez szacunek dla czytających – nie przytoczę. Wszystkie te określenia sprowadzały się do jednego – "ladacznice i bezwstydne podrywaczki".
Możecie sobie wyobrazić co wówczas przeżyłam, jak się czułam, tym bardziej, że sporo osób oglądało tę scenę. Moja reakcja, to bezruch i głośny spazmatyczny płacz. Koleżanki, ktore byly świadkami tego zajścia zaczęły się dopytywać o przyczyny zachowania "pani profesor" .
I co się okazało – otóż dziewczyny, które przebywały pod opieką żony wychowawcy w rozmowie z nią głupio sobie zażartowały w stylu: "I pani profesor się nie boi, że w tym drugim domku pani męża poderwą". "A czy pani profesor wie, że pani mąż śpi w jednym pokoju z (i tu moje imię i imię koleżanki)? "Żeby pani profesor widziała jakie one (ja i koleżanka) mają przezroczyste, kuse koszulki i jak ponętnie w nich paradują po pokoju". Itp, itd. Resztę dopowiedziała wyobraźnia i chorobliwa zazdrość pani profesor.
Do wspólnego z panami pokoju już nie wróciłam. Następne noce przespałam z jedną z koleżanek w jej wąskim łóżku.
A pani profesor?! A pani profesor zostawiła swoją grupę bez opieki i przeniosła się do męża, żeby spać razem z nim podpierając się nogą, gdyż łóżka były wąskie, a pani profesor dość szeroka.
Opuszczone przez opiekunkę koleżanki z domku obok miały labę, a my podwójny nadzór. Jednym słowem impreza do kitu. Jeszcze długo po zakończeniu wycieczki słyszałam docinki (niby żarty) niektórych nauczycieli w stylu: "M… wychowawcę podrywać ci się zachciało".
Dodam tylko, że pomimo wyjaśnienia całej sytuacji nigdy nie doczekałam się przeprosin, a z przedmiotów (w tym "prawoznawstwa"), których uczyła pani profesor miałam przechlapane do końca szkoły.
Chciałoby się powiedzieć: Uważaj z kim śpisz dziewczyno!!!
Ciąg dalszy historyjek nastąpi ….