Moich pierwszych prób z frywolitką czółenkową nie mogę nazwać inaczej jak walką.
Walczę:
– z dziwnym łódkowatym narzędziem (ciągle mi się w ręce układa inaczej niż trzeba),
– walczę z pętelkami i supełkami (raz mi wychodzą, a trzy razy – nie),
– walczę z „fikającą” nitką, bo nie chce mi przeskakiwać na wymaganą pozycję,
– walczę sama z sobą, bo po co mi to, skoro frywolitki na igle „śmigam” aż miło.
I tutaj nasuwa się pytanie: po co mi to?
Otóż umiejętność wykonywania frywolitki czółenkowej jest mi potrzebna, żeby zrealizować jeden bożonarodzeniowy projekt. Na żadnej igle delikatnej jak mgiełka koronki nie wykonam; najcieńsza igła jest o wiele za „gruba”. Misterną koronkę, niezbędną do projektu można zrobić jedynie na nitce, a jak na nitce, to tylko czółenkiem.
Dobrze, że jestem uparta i jak coś postanowię, to realizuję …
Już co nie co „załapałam”, dlatego odważyłam się na wykonanie prostej koronki, z której powstanie zakładka do książki.

Supłanie czółenkiem idzie mi strasznie mozolnie; na igle w tym czasie, pewnie zrobiłabym co najmniej pięć takich zakładek, ale nie odpuszczam i ćwiczę, ćwiczę, ćwiczę … co jakiś czas mrucząc pod nosem.