Tak to jest kiedy zaczyna się coś robić nie widząc do końca co się robi.
Za gapiostwo trzeba płacić i to w dosłownym tego słowa znaczeniu … muszę dokupić kolejne kłębuszki kordonka, który do najtańszych niestety nie należy.
Gdybym w momencie podejmowania decyzji o zrobieniu serwetki kierowała się rozumem, a nie emocjami, to pewnie poprosiłabym Aurelię o podanie kilku szczegółów, w tym między innymi rozmiaru.

Niestety myśleć zaczęłam w momencie kiedy wyrobiłam dwa kłębki kordonka (800 mb), a przede mną jest więcej rzędów, niż za mną.
Postanowiłam zobaczyć z czym mam do czynienia – zaczęłam poszukiwania oryginału … no i znalazłam … i się przeraziłam.

(zdjęcie zaczerpnięte z zasobów internetowych)
„Coś” co miało być serweteczką okazuje się być serwetą, ba – toż to obrus jest i to sporych rozmiarów.
No dobrze – z dokupieniem nici już się pogodziłam, bo uparłam się, że to moje różane dzieło doprowadzę do końca, ale wyłania się kolejny problem – gdzie ja to moje dzieło wykorzystam?
W domu nie mam okrągłych stolików; żeby zacząć zachwycać się urokiem nowo powstałej serwety będę musiała stosowny mebel zakupić!!!
A ja miałam jedynie zapas kordonka wykorzystać …
Pocieszające, w tej całej sytuacji jest to, że dom mam na tyle duży, że wstawienie jeszcze jednego „grata” nie będzie związane z dobudowaniem pomieszczenia.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
A … i jeszcze jedno.
Serweta różana rozpoczęta z Aidy 20 firmy Anchor (czyli odcień różu angielskiego ciut ciemniejszy od koloru aktualnej robótki) przeznaczona zostaje do sprucia; z odzyskanych niteczek zrobię coś tulipankowego, bo te różane szydełkowe wzory chyba mnie nie lubią.